| Opowiadanka Nasze bazgroły |
| ZAmieszczajcie tu swoje opowiadania, wiele osób z chęcią pewnie przeczyta wasze wypociny. Ja może zacznę. Zawsze gdy sięgam pamięciom wstecz, do czasów mojego dzieciństwa, widzę te same, krwawe obrazy i słyszę te same okrzyki. To wspomnienia walki, która zagorzała na rynku wioski Shirli w której mieszkałem. Mój ojciec ubrany w lśniącą, srebrną zbroję, trzymający w prawej ręce miecz, na którego ostrzu odbijały się płomienie tańczące na strzałach podpalonych przez wrogów. Stał on na czele małej grupki strażników, dzielnie broniących się przed straszliwą nawałą nieumarłych. Nasi wojownicy z niezwykłą zaciekłością odpierali kolejne ataki, z krzykiem na ustach zadając kolejne razy wrogim zbrojnym. Pamiętam, że ojciec dostrzegł mnie w szkarłatnym blasku płomienia pochodni i stanął jak wryty. Z przerażeniem w oczach popędził w moją stronę, w biegu ścinając kolejnych przeciwników. Krew bryzgała mu na twarz, ale on zdawał się na to nie zważać. Gdy dobiegł do mnie był na skraju wyczerpania -Co ty tu robisz mój synu?! Prędko biegnij do domu i schowaj się do czasu aż to wszystko nie minie! -Ale tato. Oni tam... -Uciekaj nie ma czasu na gadanie mój synu! Obyśmy jeszcze się spotkali... -dodał po chwili cicho. I właśnie w tym momencie przeszyła go strzała. Jęknął boleśnie, osunął mi się na ramiona i ostatkiem sił wykrzyczał: -Uciekaj! Nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Nigdy sobie nie wybaczyłem że przez moją głupotę zginął mój ojciec. Ze łzami w oczach pobiegłem tak, jak mi kazał. Gdy znalazłem się już w domu, zabarykadowałem drzwi i wyjrzałem przez okno. Moim oczom ukazał się straszny widok. Nieumarli śmiali się szyderczo zabijając bezbronnych mieszkańców. Ludzie zaprzestali walki i skierowali się do ucieczki. Piękna niegdyś wioska Shirli stanęła w płomieniach. Ja schowałem się w kącie, mając nadzieje, że żaden potwór mnie tam nie znajdzie i gdy to wszystko przeminie ucieknę. Niespodziewanie ciężkie, dębowe drzwi mojego domu zatrzeszczały jeden raz, potem drugi i nagle z wielkim hukiem wyleciały z zawiasów, a moim oczom ukazało się dwóch nieumarłych. Byli ubrani w jakieś łachmany, pewnie zdarte z ludzi których zabili. Wyższy miał do pasa przypięty zardzewiały miecz i w lewej ręce drewnianą tarczę, drugi w swych brudnych łapach trzymał wielki, dwuręczny topór, po którym spływały strużki krwi. Serce podeszło mi do gardła. Oparłem się o ścianę, gdy nagle poczułem jak zalewa mnie gniew i jakaś nieuchwytna moc. Z moich ust wyrwał się szereg słów, których sam nie rozumiałem, a Nieumarli natychmiast stanęli w płomieniach i obrócili się w pył. Ja zaś osunąłem się na ziemię doszczętnie wyczerpany. Zostałem jednym żyjącym człowiekiem w wiosce. Obudziłem się w obcym miejscu. Otaczały mnie kamienne ściany pomalowane na jaskrawy fiolet, łóżko na którym leżałem było zaś zdobione misternymi grawerunkami. Naokoło znajdowały się przedziwne przedmioty, jakich nigdy nie widziałem. Myślałem że to był sen, z którego nie chciałem się obudzić. Leżałem tam dość długi czas, przyglądając się z zachwytem wszystkiemu dookoła. Nie wiedziałem nawet kiedy ponownie zasnąłem. Następnego ranka, gdy się obudziłem, zobaczyłem siedzącego obok łóżka mężczyznę ubranego w ciemną, granatową szatę. Był on już stary, miał długą, siwą brodę, a po jego twarzy było widać mądrość wielu lat. -Widzę, że szybko odzyskujesz siły, mój chłopcze. Byłeś skrajnie wyczerpany, gdy cię znalazłem, można powiedzieć, że otarłeś się o śmierć.- Rzekł do mnie niespodziewanie. -Jak to się stało, że się tu znalazłem możny panie?- zapytałem siadając na łóżku. -Chłopcze czy pamiętasz tę noc gdy spłonęła twoja wioska i zginął twój ojciec? zapytał łagodnie. -Pamiętam tylko to jak ojciec ze strzałą w plecach osuwa mi się na ramiona i jak uciekam do domu- łza spłynęła mi po policzku-Jedyne czego teraz pragnę to zemsty. -Wysłuchaj teraz dokładnie tego co ci powiem. Mój chłopcze życie uratowała ci magia. Uderzyłeś w nieumarłych ogniem. -Magia, czary,ogień nic z tego nie rozumiem. -Widzisz posiadasz bardzo rzadki talent, który można wykorzystać na wiele sposobów, możesz magią leczyć ludzi, wyczarować jedzenie, podpalić dom. Ogranicza cię tylko własna wyobraźnia. -Ale skąd mam tę moc. I skąd wiedziałem jakich słów użyć?- Zapytałem niedowierzając. -Jakby ci to powiedzieć jedni rodzą się bezmózgimi osiłkami którzy potrafią tylko machać mieczem, a jedni inteligentnymi magami. Na drugie pytanie nie potrafię ci odpowiedzieć, podejrzewam że w czasie wielkie niebezpieczeństwa znalazłeś w swojej podświadomości odpowiednie słowa i rzuciłeś zaklęcie. -A więc czy to oznacza że dzięki magi mogę zabić kogo tylko chce i zemścić się na nieumarłych? -Kiedyś to na pewno będzie w twoim zasięgu być może już niedługo, wszystko zależy od ciebie i od tego jak szybko będziesz pojmował tajniki magii. Pamiętaj że są magowie bardzo starzy i potężni, których mocy nie był byś wstanie sobie nawet wyobrazić, lecz są i źli magowie ci czekają tylko na to byś się do nich przyłączył lub zginął.-powiedział gładząc się po brodzie -Tyle tego wszystkiego mi powiedziałeś, a ja dalej nie wiem skąd się tu wziąłem.-zapytałem po raz kolejny -Gdy wracałem ze StormWind do swojego domu ujrzałem płomienie które wybuchły w Shirli. Spiąłem konia i popędziłem w stronę wioski zobaczyć co się stało. Jadąc mijałem stada wilków wyraźnie czymś były poruszone. Gdy dojechałem na miejsce ujrzałem straszny widok, wszędzie widziałem martwe ciała i płomienie. Wyglądało to tak jakby śmierć opanowała Shirli. Rozejrzałem się po wiosce i wkońcu zrozumiałem co się stało, to nieumarli napadli na wioskę i wszystko zniszczyli. Byłem wściekły na siebie że nie przybyłem tu wcześniej, może zdołał bym zapobiec tej masakrze... -Ty jakim cudem taki staruszek mógłby pokonać armie nieumarłych.-Spojrzałem na niego zdziwiony. -Wybacz nie przedstawiłem się. Jestem magiem piątego kręgu ognia, a zwą mnie Macros i proszę nie przerywaj mi więcej. -Wybacz. -Tak wiec jak juz mówiłem byłem wściekły na to co sie stało. Po nieprzyjaciołach nie było śladu, nie wiedziałem co robić gdy nagle usłyszałem przenikliwy wrzask. Siadłem z konia i po pędziłem w tamtym kierunku, krzyki dochodziły z twojego domu. Biegiem wskoczyłem do domu i zobaczyłem dwa potwory stojące w płomieniach, a przy ścianie ciebie leżącego bez życia. Szybko wyniosłem cię z domu i usadziłem na siodle. Wskoczyłem na konia i popędziłem do domu. Pędziłem jak szalony koń był na skraju wyczerpania, wiedziałem jednak, że zwłoka może być dla ciebie śmiertelna. To cała historia powiem ci jeszcze, że spędziłeś w łożu dwa tygodnie i gdyby nie elfy i ich wiedza juz byś nie żył . -A więc to wszystko tak wygląda jestem ci wdzięczny za wszytko, lecz co mam teraz począć gdzie pójdę? -Jeśli sie zgodzisz zostaniesz u mnie. Nauczę cie wszystkiego co potrafię i gdy będziesz gotów przedstawię radzie magów której przewodzi Andurhel. Należy do niej jedenastu najpotężniejszych magów Lordaeron. W tym także i jak juz wspomniałem. -Pozwól mi się namyślić jutro ci dam odpowiedzi. -Zgoda a teraz się prześpij widzę że zmęczyła cie ta rozmowa .Do zobaczenia, zdrowiej szybko Gwath. I znów zostałem sam. Rozmyślałem o tym czego sie dzisiaj dowiedziałem. Skąd Macros znał moje imie i skąd wiedział że jestem magiem, myślałem o tym jeszcze przez chwile i usnąłem. Nazajutrz obudził mnie śpiew słowików za oknem. Leżałem bez ruchu wpatrzony w fioletowa ścianę czekając na Macrosa. Wiedziałem juz jaką mu dam odpowiedź. Po dwóch godzinach czekania drzwi sie uchyliły i starzec wszedł do środka. -Witaj mój mały widzę że czujesz się znacznie lepiej.- uśmiechnął się -Tak dziękuje. -A więc co postanowiłeś?- zapytał -Zgadzam się tylko powiedz mi jedno skąd wiedziałeś że jestem magiem. -Po prostu mimo że byłeś nieprzytomny emanowała od ciebie niesamowita moc. A teraz odpoczywaj gdy będziesz w pełni sił odbędziemy pierwsza lekcje. Po tych słowach pożegnał się i wyszedł. W łóżku leżałem jeszcze trzy dni Macros codziennie mnie odwiedzał i sprawdzał jak sie czuje. Dokładnie cztery dni po tym jak zgodziłem sie zostać i uczyć się u Macrosa, pierwszy raz wyszedłem za świeże powietrze. Nauki rozpoczęły się dopiero tydzień później gdy w pełni odzyskałem siły. Na pierwszej lekcji uczyłem sie odszukać w swoim umyśle energii potrzebnej to rzucenia czaru. Nauka tego trwała dokładnie miesiąc. Kolejne miesiące uczyłem się pradawnej mowy. Gdy znałem juz zaklęcia i potrafiłem uwolnić energie przyszła pora na rzucenie pierwszego czaru. Macros zaprowadził mnie na podwórze i zaczął wszystko dokładnie tłumaczyć. Gawth pomyśl co chciał byś zrobić z ogniem, uwolnij energie i wypowiedz jego nazwę w pradawnej mowie. Tylko pamiętaj ma to być błahostka a nie otoczenie nas płomieniami, to by cię mogło zabić nie masz jeszcze wystarczająca dużo energii. Pomyślałem o wystrzeleniu małej kuli ognia w niebo. Podniosłem prawą dłoń i powiedziałem “brisingr” nagle z mojej ręki wystrzeliła mała kula ognia i znikła w powietrzu. W jednej chwili opuściły mnie siły upadłem na ziemie i omal nie zemdlałem. Macros rozgniewał się. -Oszalałeś chodziło mi o podpalenie strzały lub wyczarowanie płomyka a nie posyłanie kuli ognia w niebo jesteś jeszcze na to za słaby.-Zaprowadził mnie do pokoju i kazał sie położyć. -Jutro spróbujemy czegoś innego na dzisiaj koniec jesteś zbyt wyczerpany.-wychodząc z pokoju powiedział -Możesz sobie pogratulować dzisiejszego wyczynu w twoim wieku mało kto mógł by zrobić coś podobnego. I tak minęło 10 lat. Codziennie uczyłem sie magi choć co jakiś czas Macros uczył mnie władania mieczem. Pamiętam jak mi kiedyś powiedział-Gdy zawiedzie cię magia miecz może uratować życie. Wiele czasu spędzałem w bibliotece czytając najróżniejsze księgi pogłębiając swoja wiedze na temat świata. Gdy skończyłem 24 lata mój nauczyciel uznał ze jestem gotów by przedstawić się radzie. Wyjechaliśmy pod osłoną nocy. Macros nigdy nie przepadał za słońcem wolał ciemność zresztą tak samo jak ja co sprawiło, że staliśmy sobie bliżsi. Był dla mnie |