| Opowiadanka Nasze bazgroły |
| Był dla mnie jak drugi ojciec. Gdy tak jechaliśmy rozmyślałem o tym ile dla mnie zrobił. -Dziękuje ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś. -Nie dziękuj to dla mnie przyjemność i zaszczyt mieć tak zdolnego ucznia i wiernego przyjaciela- uśmiechnął się do mnie.- Lecz teraz będziemy spędzali o wiele mniej czasu razem, bowiem jeśli zdasz próbę zostaniesz wychowankiem rady i od tej pory będzie cię szkolił mistrz Andurhel. Nic nie odpowiedziałem. Z jednej strony cieszyło mnie to że będę miał szanse na nauki kogoś tak mądrego i potężnego jak mistrz rady ognia. Rankiem znaleźliśmy się w StormWind. Szybko znaleźliśmy siedzibę rady. Znajdowała się ona na samej górze wieży w magicznej dzielnicy. Wnętrze wieży było ponure i ciemne, jednym oświetleniem były nie liczne pochodnie. Gdy wdrapaliśmy się na samą górę zobaczyłem pustą ścianę. Macros wyszeptał. -Atra nosu vaise vardo fra eld hornya i nagle przed nami ukazał się portal.- Macros wkroczył w niego, a ja powędrowałem jego krokiem. Po przekroczeniu portalu moim oczom ukazała się wielka sala. Było tutaj trochę więcej światła, lecz na ścianach i tak piętrzyły sie pajęczyny. Stało tu wiele regałów za z księgami wszelkiego rodzaju. Na środku stał ogromny stół a naokoło niego siedzieli członkowie rady. Jedno krzesło wręcz przypominało tron więc domyśliłem się że należy ono do Andurhela. Po jego lewej i prawej stronie były dwa wolne miejsca. Gestem ręki przywitał nas i nakazał usiąść. Macros ukłonił sie i ruszył w stronę wolnego krzesła. Również się ukłoniłem i powędrowałem jego śladami. Magowie obradowali nad problemem nieumarłych, którzy bardzo poważnie rozprzestrzenili się na ziemiach Loraderonu. Po zakończeniu obrad Andurhel wyszedł na środek sali nikt po za nim nie ruszył się z miejsca. Nagle Po Sali rozniósł się donośny głos maga. -Gwathu powstań i podejdź do mnie. Zrobiłem jak kazał. -klęknij. Ukląkłem -I teraz przysięgnij strzec tajemnic rady oraz całkowite posłuszeństwo! -Przysięgam! -Ale czy jesteś tego pewien? Tu nie jest tak kolorowo jak to jest w bajkach dla dzieci. Czasem będziesz musiał patrzeć bezsilnie na śmierć kobiet i dzieci lub samemu ich zabijać dla dobra rady. Bowiem nie stoimy po żadnej ze stron, jesteśmy po to by strzec porządku na tych ziemiach i nie dopuścić do chaosu o który stara się tak wielu ludzi jak i nieumarłych. Tak więc zapytam jeszcze raz czy przysięgasz?! Zawahałem sie przez chwilę.-Tak przysięgam! -Zgoda teraz nie ma juz odwrotu by zostać uczniem rady i być może w przyszłości jej członkiem udaj sie do wioski Shirli i ją spal. Od jakiś 12 lat zamieszkują ją nieumarli co nie godzi się z naszymi prawami. Jeśli wykonasz zadanie i przeżyjesz rada przyjmie cię pod swoje skrzydła.. A teraz wyjdź przez portal z powrotem do wieży! Wkroczyłem w portal i znalazłem się znów w wieży. Czekałem tam ponad godzinę aż Macros wrócił. Spojrzał na mnie i zszedł na duł wieży osiodłał konia i wsiadł na niego. -Na co czekasz siodłaj szybko Galzra. Wracamy do domu. Byłem zdziwiony przejęciem Macrosa. Ciekawe co wydarzyło się po tym jak wróciłem do wieży. Droga powrotna przebiegała o wiele szybciej, Macros mało się odzywał a ja rozmyślałem o zadaniu. Mam zniszczyć wioskę mojego dzieciństwa. Po wielu godzinach drogi postanowiłem. To juz nie jest ta sama wioska zniszczę ją i wszystkich nieumarłych żyjących tam. Gdy dotarliśmy do domu Macros cały czas zachowywał się dziwnie. Czasami znikał na kilka dni nic mi o tym nie mówiąc, a gdy o coś pytałem zmieniał temat. W końcu nadszedł dzień w którym miałem wykonać swoje zadanie. Byłem bardzo podniecony. Czułem jak wewnętrzna energia mnie rozsadza mnie od środka. Myślałem tylko o tym kiedy nadejdzie wieczór i wsiądę na Galzra. W końcu słońce zaszło, a ja ubrałem lekka zbroje. Do mego pokoju wszedł Macros w rekach trzymając piekny miecz. -Gwath pamiętasz co ci mówiłem o mieczu? -Oczywiście! Więc weź mój miecz nazywa się Kelebrin jego klinga miała na sobie krew wielu potworów, nieumarli się go boją. -Dziękuje mój mistrzu. Postaram sie nim zabić wielu wrogów. -Oby ci się udało wierze w ciebie. Pożegnałem sie z Macrosem schowałem Kelebrina do pochwy i wybiegłem z pokoju. Wskoczyłem na Galzera i popędziłem w kierunku Shirli. W czasie jazdy nie przemęczałem się by mieć siły do walki. Galzer biegł lekkim galopem a ja rozglądałem sie uważnie czy nie ma gdzieś w pobliżu nieumarłych. Gdy zbliżałem się do wioski z daleka było słychać okrzyki potworów. Podjechałem od strony lasu. Stanąłem wryty widząc piękną niegdyś wioskę splugawioną przez nieumarłych. Wezbrała we mnie złość uwolniłem energie “brisingr” Na około wioski pojawiły się płomienie wszystkie drogi ucieczki zostały odcięte przez ogień. Nieumarli wpadli w panikę a ja na dokładkę zacząłem ciskać ogniste pociski w kierunku wioski. Domy, przynajmniej to co je przypominało stanęły w płomieniach nieumarli wrzeszczeli z bólu. Po krótkiej chwili wioska była doszczętnie spalona, a te potwory nie żywe. Wyczerpany nakazałem Galzrowi zawrócić gdy zaatakowało nas dwóch wrogów. Ostatkiem sił sparowałem ciosy i ciąłem ich w gardła. To był koniec tej wioski juz nigdy na tej splugawionej ziemi nikt nie zamieszkał. Galzer popędził ile sił w nogach. Jadąc myślałem o tym czego dokonałem, z pewnością był to wielki wyczyn. Macros czekał na mnie niecierpliwie. Mój rumak doniósł mnie bez szwanku do domu. Macros wybiegł z domu podbiegł do mnie by zdjąć ,mnie z konia widział ze nie mam sił. Powiedziałem tylko. -Udało się. Następnego dnia obudziłem się w swoim łóżku. Macros siedział na demną i czuwał. -Witaj mój mały. -Mistrzu udało sie wioska zniszczona, a nieumarli zabici. Teraz jestem gotów by szkolić się pod bacznym okiem całej rady. -Tak jestem z ciebie bardzo dumny. Nie wiem czy sam zdołał bym zrobić to lepiej a teraz ubieraj sie, zjedz coś i jedziemy do StormWind. Podróż wyglądała podobnie jak ostatnim razem. Andurhel ucieszył sie z wiadomości jaka przekazał mu Macros. Kazał mi wystąpić i powiedział. -Dowiodłeś swej wierności i tego ze jesteś godzien by stać się wychowankiem rady. -Przyżekam być pilnym uczniem i oddać życie za radę. -Dobrze więc postanowione! Pamiętaj jedno jeśli zrobisz coś nieodpowiedzialnego co mogło by zaszkodzić radzie nie będziesz miał tu czego szukać. Potem skinął głową na znak ze mogę odejść. I tak rozpocząłem naukę. Wszyscy magowie byli bardzo życzliwi i pomocni, wiele sie od nich nauczyłem i dowiedziałem o świecie. Każdy miał swoja dziedzinę w której był niedościgniony. Ja jednak najlepiej czułem sie używając ognia, co spowodowało że dalej większość czasu spędzałem z Macrosem. Każdy z nich dawał mi wiele zadań. Większość była łatwa, lecz niektóre potrafiły skrajnie mnie wyczerpać. Nauki te pobierałem przez 26 lat i dokładnie w moje 50 urodziny zostałem wezwany na zebranie rady. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak 26 lat temu. Podobnie jak wtedy kazano mi teraz wyjść na środek sali stał tam Andurhel. -Gwathu poczyniłeś wielkie postępy przez ten krótki okres czasu. Uznaliśmy jedno głośnie ze jesteś gotów by wstąpić do rady. Musisz wybrać krąg do którego będziesz chciał należeć. Ogień, lód, Powietrze,Woda,Ziemia. Co wybierasz? -Wybieram krąg ognia. -Uklęknij! U klękłem. Wypowiedział coś w pradawnej mowie. Nie rozumiałem tych słów. -Powstań! Jesteś teraz członkiem rady magów i należysz do kręgu ognia twym przełożonym będzie Macros. Bowiem nawet ja mu nie dorównuje w tej dziedzinie magi. Magowie zaczęli klaskać i gratulować byłem szczęśliwy że w końcu spełniły sie moje marzenia. |